Teksty

Spis treści:
1. Interpretując Mariensztat – Aleksandra Stępień
2. Kondycja Polaków. Raport o Kapitale SportowymProjekt Społeczny 2012
3. Mapowanie przestrzeni przyjaznej dla ruchuProjekt Społeczny 2012
4. Woda – czwarty, nieznany, wymiar Warszwy – dr Marek Ostrowski (opis wykładu)

—————————————————————————-

1. Interpretując Mariensztat Aleksandra Stępień

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


Problematyka Mariensztatu – pierwszego w całości ukształtowanego powojennego osiedla mieszkaniowego, powstałego w swoim zasadniczym zrębie w latach 1948-49 pod kierunkiem Zygmunta Stępińskiego – jest bodajże najpełniejszym treściowo przykładem, w którym objawia się wszystko to, co wyznaczało ważne kierunki działania w ciągu pierwszych lat warszawskiej odbudowy. W architekturze, urbanistyce i programie plastycznym Mariensztatu znajdziemy zarówno ówczesną specyfikę podejścia do zabytków i dawnej zabudowy, dążenie ku nowoczesności, jak i uczynienia z obu tych wątków narzędzia ideologicznego w służbie konkretnej propagandy. Z dzisiejszej perspektywy kolonia mieszkaniowa u stóp kościoła świętej Anny kojarzy się z sennym i cichym małym miasteczkiem, leżącym na uboczu wartkiego turystycznego życia Traktu Królewskiego. Jej milczenie jest jednak pozorne, a kryje się za nim wartka opowieść o poszukiwaniu tożsamości powojennego miasta.

U progu powstania kolonii mieszkaniowej
Rozpoczynając tę krótką opowieść, przenieśmy się najpierw do 1945 roku. Obraz wojennych zniszczeń Mariensztatu nie odbiegał właściwie od sytuacji całej lewobrzeżnej Warszawy. W lustracjach stanu zachowania zabudowy, dokonywanych na jesieni 1946 roku z ramienia Biura Odbudowy Stolicy, poza nielicznymi wyjątkami, całe kwartały opisane zostały jako nie nadające się do odbudowy lub nie przewidziane w programie rekonstrukcji przedwojennej tkanki miasta. Mimo trudnych warunków egzystencji, napływ i powrót lokatorów znacznie ułatwił podjęcie decyzji o odbudowie Mariensztatu jako pełnego założenia osiedlowego. Istniały bowiem koncepcje, że tereny te – po rekonstrukcji kilku najważniejszych obiektów – będzie można włączyć w pas zieleni publicznej na skarpie. Charakterystyczna walka wysokich czynszowych kamienic z budynkami wznoszonymi po 1762 roku, gdy narodziła się w tym miejscu jurydyka Potockich, nadając miano „Mariensztat” obecnym terenom kolonii mieszkaniowej, sprawiała, że wyzwolenie się z ciasnego gorsetu dotychczasowej zabudowy byłoby z pewnością założeniem kuszącym. Jednak wobec narastającego po wojnie głodu mieszkaniowego – czymś całkowicie oderwanym od rzeczywistości 2 poł. lat 40. Dla wybronienia Mariensztatu przed dezurbanizacją pojawiały się nawet na poły zabawne argumenty: „tam nudno byłoby w tej proponowanej zieleni, a tak przynajmniej jest, gdzie pojechać”. Żeby jednak zaistniało to, do czego pojechać warto, zadziałać musiało kilka dodatkowych procesów architektonicznych i społecznych.
Jeszcze zanim dyskusja o Mariensztacie na dobre się rozpoczęła, na początku 1946 roku opublikowana została pierwsza wizja jego odbudowanego oblicza. Szkic Stępińskiego, wykonany na zlecenie Wydziału Architektury Zabytkowej BOS, reprodukowano w „Skarpie Warszawskiej”. Propozycja architekta miała na celu uporządkowanie przestrzeni i ujednolicenie jej – choć przy sporej swobodzie form i silniejszym odwoływaniu się do urbanistycznej struktury, z którą Mariensztat wszedł w okres niemieckiej okupacji. Pojawienie się w kwietniu 1947 roku planów przebicia Trasy W-Z wyraźnie zmodyfikowało – i nie da się ukryć, także upolityczniło – te zamierzenia. Dotychczasowe pomysły Stępińskiego należało nie tyle porzucić, co zweryfikować, zwłaszcza pod kątem komunikacyjnym. Jeszcze w połowie 1947 roku rysunek umieszczony na okładce „Stolicy” pozwala przypuszczać, iż pierwsze projekty odbudowy proponowane przez architekta były wciąż obowiązujące. Dalsze studia nad rozwiązaniami urbanistycznymi osiedla zlecone przez Naczelną Radę Odbudowy Warszawy i zatwierdzenie koncepcji Trasy W-Z przez Bolesława Bieruta zaowocowało kształtem Mariensztatu, który kojarzyć możemy z dzisiejszych wizyt w tym rejonie skarpy. Powstało założenie o formach architektonicznych znacznie bardziej uproszczonych w stosunku do pierwotnych zamiarów, tworzące spójną, zamkniętą całość i mające stać się sztandarowym przykładem nowego, zdrowego, przyjaznego budownictwa dla ludu pracującego stolicy.

Mariensztat w służbie propagandy
Powstanie kolonii mieszkaniowej nierozerwalnie łączyło się z budową nowej warszawskiej arterii. Prace biegły równocześnie i były nadzorowane przez wspólny dla obu projektów zespół architektów, skupionych w Pracowni W-Z (Józef Sigalin, Stanisław Jankowski, Jan Knothe, Zygmunt Stępiński, Kazimierz Thor, Włodzimierz Wapiński i inni). Obie te inwestycje pełniły też istotną rolę propagandową, łączącą się z ideą nowego początku jako mitem założycielskim Polski Ludowej. Potencjał ideologiczny owego narzędzia zasadzał się na wyraźnym kontraście pomiędzy czasem okupacji, czasem chaosu i zagrożenia, a pełną nadziei teraźniejszością, w której dokonuje się porządkowanie rzeczywistości i budowanie podwalin pod upragniony społeczny ład. Trudno o bardziej wyrazistą cezurę dla zmian politycznych jak namacalne doświadczenie zniszczenia i pozbawienie dotychczasowych punktów odniesienia, definiujących codzienność. Miasto stało się przestrzenią wielkiego i skomplikowanego eksperymentu, w którym architektura stanowiła najważniejsze narzędzie kreacji światopoglądów, nawet jeśli początkowo chodziło jedynie o podtrzymywanie entuzjazmu odbudowy i walkę z dotychczasowymi standardami budownictwa mieszkaniowego. Przesilenie nastąpiło wraz z wprowadzeniem w 1949 roku doktryny socrealistycznej, będącej już w pełni świadomą decyzją zawłaszczenia prac przy podnoszeniu Warszawy z gruzów w pole ideologizacji architektury. Powstawanie Mariensztatu niezwiązane jest co prawda bezpośrednio z socrealizmem, ale również łączy się specyficzną retoryką, typową dla nastrojów lokowania się ustroju socjalistycznego.

Między rekonstrukcją a interpretacją
Pierwszym, co rzuca się w oczy, gdy spojrzymy dziś na mariensztacką kolonię mieszkaniową jest wyraźne rozrzedzenie zabudowy – w kontraście z przedwojenną siatką ulic. Skoncentrowano ją wzdłuż ulicy Mariensztat a z czasem również wzdłuż ulicy Bednarskiej oraz wokół dwóch placów – rynku i tzw. przyrynku mariensztackiego, z czego ten ostatni jest rezultatem prac podjętych już po 1949 roku. Budowano seriami (w sumie było ich siedem) – początkowo zajęto się ulicą Mariensztat od Wisły ku Krakowskiemu Przedmieściu, potem budynkami przy Dobrej. Następne domy powstawały przy Białoskórniczej, na końcu zainteresowano się Bednarską. Stępiński w jednym z artykułów podsumowujących prace przy Mariensztacie wyróżnia trzy typy stworzonej przez Pracownię W-Z zabudowy: domy zabytkowe jako wzorzec gabarytowy i stylistyczny dla całego założenia, domy „na osnowie domów zabytkowych” o architekturze nieco tylko mniej dekoracyjnej oraz kamienice nowoprojektowane, najbardziej uproszczone, o ograniczonym detalu. Całość miała przywodzić na myśl architekturę klasycyzmu i empiru warszawskiego. Odwołanie do tego okresu miało na celu powrót do esencjonalnych, klarownych i uporządkowanych form, w opozycji dla chaosu czynszowych kamienic czy obiektów przemysłowych, jakie zaczęły się tu pojawiać na przełomie XIX i XX wieku, niszcząc panoramę skarpy. Jednak nawet pobieżna analiza architektury Mariensztatu pozwala zauważyć, iż projekty Stępińskiego sytuują się raczej gdzieś w przestrzeni ponadczasowych odwołań niż konkretnych inspiracji. Co prawda, architekt wyraźnie wskazuje, że wzorcem gabarytowym i stylistycznym było dla niego pięć zachowanych i „zrekonstruowanych” kamienic, jednak brak w tej architekturze formalnych odwołań zaprzeczających jej uniwersalności i pewnym „archetypowym” wizjom klasycyzmu z puryzmem elewacji, czytelnymi podziałami, trzymaniem w ryzach detalu. Na pewno ważne więc dla zrozumienia charakteru Mariensztatu staje się odwołanie do kształtującej się wówczas doktryny konserwatorskiej, utożsamianej z teoriami Jana Zachwatowicza, pełniącego w tym czasie funkcję Generalnego Konserwatora.
W powojennej Warszawie zabytki (pojedynczy obiekt lub cały ich zespół) służyć miały odtworzeniu łączności pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Tak rozumiana tradycja nie miała być czymś martwym, lecz stanowić ważny, integrujący element tworzenia narodowej tożsamości. Zakładano możliwość świadomych ingerencji, poprawek dotyczących rozwiązań formalnych, jeśli wymagał tego kontekst obiektu. Arbitralność wyborów i poleganie na indywidualnym wyczuciu sytuacji urbanistycznej traktować można w kategoriach pewnej pułapki odbudowy. Poszukiwanie tożsamości miasta polegało na zagłębieniu się w architektoniczną tradycję Warszawy i wybór stylu, który kształtowałby jej specyfikę i rodził określone, właściwe skojarzenia. Chciano, aby zabytki tkwiły w mieście i brały aktywny udział w jego życiu (np. przez nadanie im funkcji biurowych). Ukierunkowanie starego budownictwa na nowe cele chroniło również – przynajmniej początkowo – przed silnym kontrastowaniem dwóch miast: nowego, żywego oraz martwego, należącego do zamierzchłej przeszłości. Akcenty położone na odbudowę zabytków nie oznaczały jednak, że negowano potrzebę sanacji przestrzeni miejskiej, czyli znaczące rozrzedzenie dotychczasowej zabudowy, choćby przez eliminację oficyn.
Założeniem architektonicznym Mariensztatu było zatem uzyskanie wrażenia zabytkowości, nadania powojennym obiektom roli łącznika pomiędzy tym, co dawne, a tym, co nowoczesne. Ważnym postulatem projektowym było podporządkowanie się stylistycznej dominancie, jaką stanowiła staromiejska panorama (wówczas jeszcze nie w pełni przywrócona, ale planowana). Formy Mariensztatu bardzo ściśle wiążą się z credo artystycznym swego głównego architekta, Zygmunta Stępińskiego, który jak sam przyznawał – od zawsze miał inklinacje do stylu historycznego i na tym polu czuł się najpewniej. Rozpatrując sposób projektowania Stępińskiego, uderza jego celne poddawanie się kontekstowi otoczenia, myślenie nie tylko o pojedynczych obiektach, ale o całych przestrzeniach, ich walorach krajobrazowych, uwarunkowaniach historycznych i metodach włączenia nowopowstających fragmentów w jeden miejski organizm.

W pogoni za nowoczesnością
Ważnym postulatem przy projektowaniu osiedla było stworzenie wizji sielankowego miasteczka. Stąd Mariensztat został wyposażony w szereg elementów, które miały budzić skojarzenia z małomiasteczkową atmosferą: podcienia kamienic przyrynkowych, zegar z kurantem oraz mozaiką autorstwa Zofii Czarnockiej-Kowalskiej i Jana Sokołowskiego, który wynagradzać miał brak ratusza, fontannę z nieistniejącą już mozaiką tych samych twórców i rzeźbami chłopców dłuta Jerzego Jarnuszkiewicza. Kameralność tej przestrzeni podkreślona została całkowitym wyłączeniem jej z ruchu kołowego – parking samochodowy na przedłużeniu Sowiej został wydzielony od placu różnicą poziomów, podkreśloną kamienną balustradą. Zanurzenie w dawnych, swojskich formach współgrało z urbanistyką spod znaku CIAM-owskiej Karty Ateńskiej, a zatem z projektowaniem gwarantującym mieszkańcom równy dostęp do światła, zieleni i powietrza. Równało się stworzeniu kilku malowniczych wnętrz pełniących określone funkcje: społeczną i reprezentacyjną (rynek), wypoczynkową (skwer) oraz edukacyjną (przedszkole wraz z placem zabaw). Jednak konotacje funkcjonalistyczne nie były czymś, co nazywano wprost w prasowej retoryce. Wręcz, przeciwnie – nowoczesności, zgodnie z ówczesną propagandą, upatrywano gdzie indziej, o czym świadczy wypowiedź Stefana Rassalskiego w artykule ze „Stolicy” z 1949 roku:
„Dzielnica Mariensztat nie jest dzielnicą domów zabytkowych, jest ona raczej dzielnicą tradycyjnego budownictwa, w której uszanowano piękne stylowe historyczne formy elewacji, wyposażając wnętrza domów w nowoczesny plan i nowoczesne urządzenia. Jest ona wielkim sukcesem nowoczesnej architektury polskiej, która zdecydowanie przeciwstawia się w tym wypadku modernistycznej formie pudeł do mieszkania, domów pozbawionych piękna”.
Koncepcja samowystarczalnego małego miasteczka realizowała się w planowanym programie usługowym. Partery mariensztackich domów lub oddzielne budynki zająć miały m.in.: apteka, biblioteka i czytelnia, sklepy spożywcze, włókiennicze, pracownia szewska, krawiecka, kawiarnie, pijalnia mleka, fryzjer, księgarnia z antykwariatem, klub osiedlowy, żłobek, przedszkole. Architekci postawili się przed ambitnym założeniem przewidzenia i zaspokojenia potrzeb potencjalnych mieszkańców. Tyczyło się to zarówno kształtowania przestrzeni, dobrania form plastycznych, jak i dążenia do wielofunkcyjności kolonii mieszkaniowej. Postulat nowoczesności nie koncentrował się jedynie na warunkach mieszkaniowych czy komunikacyjnych, ale również na wykształceniu spójnej przestrzeni aktywności i wypoczynku. W tak skonstruowanej przestrzeni wszelkie indywidualne poprawki czy własne propozycje zmian bądź ulepszeń nie były mile widziane – jeśli Warszawska Spółdzielnia Spożywców pod osłoną nocy montuje kraty w oknach sklepu bez konsultacji z Sekcją Architektury Pracowni  W-Z, a są one niezgodne z wizją projektantów – trzeba je usunąć; jeśli dokonuje się przeróbek w mieszkaniach, zamieniając trzy izby w dwie to należy natychmiast zaprzestać takich działań, bo w ten sposób jedną rodzinę z każdego mieszkania trzeba będzie umieścić w innych, nowych, co z uwagi na ich ogólny brak jest niepożądane.
Nowoczesność Mariensztatu wiele zawdzięczała retoryce kontrastu. W prasie podkreślano, że wcześniej o charakterze tego miejsca decydowały czynszówki, gdzie w mieszkaniach bez kanalizacji, z prymitywnie skleconymi ściankami i wspólnymi kuchniami gnieździli się ludzie. Powojenny Mariensztat gwarantował widne, słoneczne mieszkania, niewielkie, lecz własne, z własnymi kuchniami, bieżącą wodą, kanalizacją, światłem, gazem, niesamowitym widokiem z okna, miejscem do zabaw dla dzieci i spokojnego wypoczynku dla ich rodziców.
W przypadku mariensztackiej kolonii mieszkaniowej dopasowanie człowieka do architektury, oparte na mylnym przekonaniu, że dobrze skrojone urbanistycznie osiedle – z zaprojektowanymi wszystkimi „ścieżkami” codziennego życia – sprzyja integracji jego mieszkańców, zrealizowano połowicznie. Z jednej strony Mariensztat był symbolem wspólnej pracy dla dobra ogółu i domem dla ludzi, wyznających podobne wartości (mieszkali tu m.in. zasłużeni budowniczowie Trasy). Radość z wzniesienia dzielnicy wybrzmiewała jeszcze długo, a jej formy architektoniczne czy plastyczne pozwalały na identyfikację mieszkańców z osiedlem. Z drugiej strony Mariensztat dość szybko zaczął niszczeć, a przewidziane obiekty dla kulturalnego spędzania czasu albo po 1949 r. nie zostały uruchomione albo nie spotykały się z żadnymi oddolnymi inicjatywami.

Socrealistyczne piętno
Mimo błędów projektowych czy realizacyjnych, do których Stępiński przyznaje się po kilku latach, w artykule z 1953 roku zauważa on, że Mariensztat znacznie pchnął do przodu walkę o realizm socjalistyczny w architekturze:
„Na tle budującej się Warszawy w latach 1948-49, kiedy to ogromna większość architektów warszawskich nie umiała się jeszcze oderwać od wpływów dezurbanistycznych tendencji urbanistyki anglosaskiej i schematyzmu corbusierowskiego – Mariensztat pierwszy przemówił architekturą zrozumiałą i bliską ludziom Stolicy i ludziom naszego kraju”.
Pomijając kwestię poddawania się wpływom i wymogom nowomowy socrealistycznej, Stępiński rzuca nowe światło na analizę osiedla. W obliczu uwag architekta, modernizm miałby występować jako twór z zasady pozbawiony tożsamości. Jednak odwołując się do urbanistyki spod znaku Karty Ateńskiej, czyniono to w pewien określony sposób, niejako łagodząc ją architekturą lub inaczej – kamuflując jej odciskanie się na tkance miejskiej określonymi zapotrzebowaniami społecznymi. To, że Mariensztat jako całość bardzo łatwo „wchłonął się” w Warszawę i świadomość mieszkańców, łączy się z faktem, iż percepcja przestrzeni polega na doszukiwaniu się w niej elementów znajomych: znajomość przesądza o zakotwiczeniu przestrzennym, a jeśli jej brak – trzeba ją stworzyć.
Stąd też swojskość architektury Mariensztatu sprawiała, że łatwo przyjmuje on dziś etykietę osiedla socrealistycznego, choć jest to nazewnictwo całkowicie błędnie. Mariensztat wyrasta bowiem z rozpowszechnionych wówczas inklinacji do historyzowania, jego formy dalekie są od socrealistycznych narracji, choć program plastyczny (kształtowany przecież pod koniec budowy kolonii) stanowi zapowiedź tego, co w kilka lat później pojawi się na nowym placu Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. Owszem, przydawano Mariensztatowi konkretnych znaczeń, włączano w dyskurs poszukiwań socjalistycznej idylli, ale po 1949 roku potrafiono to robić z wieloma innymi budynkami, których inspiracje całkowicie przeczą wpisywaniu ich w obręb sztucznej doktryny, np. Domem Partii.
Budowanie nowej tożsamości użytkowników Mariensztatu odbywało się wieloma metodami. Jednak w kontekście architektonicznym, zastanawiające jest jak bardzo ta przestrzeń ciąży nie ku metaforze, lecz ku metonimii. Mimo szerokiego korzystania z środków plastycznych brak tutaj przegadania typowego dla stosowania elementów rzeźbiarskich. Opisowość zastosowanej narracji zamiast czytelnego nacechowania konkretną, realną historią, operowanie wrażeniowością (tralki, balustrady balkonowe, nazwy ulic na tablicach) – czymś mniej uchwytnym i nie wprost podanym, sprawia, że być może Mariensztat unika błędów swoich socrealistycznych następców. Tym samym, głębokie mitotwórcze znaczenie tej przestrzeni oddziałuje znacznie silniej na utwierdzanie w jej odbiorcach, że tak jak zapowiada Stępiński w tekście radiowej pogadanki: „z wielką radością stwierdzimy, że tradycja starej Warszawy żyje wśród nas nadal, że mury, które wraz z ludem warszawskim przetrwały niejedno wznoszą się ku nowemu życiu”. Natomiast pytanie, z jaką tradycją mamy tu do czynienia – jak widać – daje niejednoznaczne odpowiedzi.

Aleksandra Stępień – historyczka sztuki, zajmująca się architekturą XX wieku, w szczególności problematyką pierwszych lat odbudowy Warszawy. Jest autorka pracy magisterskiej o powojennym Mariensztacie. Współpracuje z kwartalnikiem Res Publica Nowa. Od czerwca bieżącego roku pełni funkcję prezesa stowarzyszenia Miasto Moje A W Nim, zajmującego się chaosem wizualnym w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza w kontekście niekontrolowanego rozmieszczania komunikatów reklamowych.

—————————————————————————-

2. Kondycja Polaków. Raport o Kapitale Sportowym Projekt Społeczny 2012

Nie jest to klasyczne badanie socjologiczne, ale próba rozszerzenia sposobu patrzenia na społeczne funkcje sportu. Socjolodzy z Projektu Społecznego 2012 zajmują się sportem powszechnym – czyli dobrem/aktywnością, która powinno być dostępne dla każdego. Odpowiadają na pytania, jakie działania rzeczywiście mogłyby zmniejszyć bariery dostępu do sportu, tropią warunki sprzyjające aktywności, zastanawiają  się nad rolą więzi społecznych i przestrzeni. Te dwa ostatnie czynniki są kluczowe – sportu nie da się bowiem wypromować billboardem jak produktu – sport musi być doświadczany, obserwowany z bliska. Zarażamy się nim od osób, które są dla nas ważne. Co istotne: sport potrzebuje przyjaznej dla niego przestrzeni, przestrzeni, która nie dyskryminuje ruchu, jest na niego gotowa. Niekiedy usportowienie przestrzeni to kwestia prostych zmian, czasem genialnego pomysłu, niekiedy drogich inwestycji. W Polsce musimy jednak dbać o to, by dbałość o dostosowanie przestrzeni dla osób ruszających się był ważnym i zawsze branym pod uwagę wymiarem.

RAPORT CZYTAJ TU: Raport o Kapitale Sportowym

Projekt Społeczny 2012 tworzą socjologowie i socjolożki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego pod przewodnictwem profesor Anny Gizy-Poleszczuk. Projekt, skupiajcy się na społecznych funkcjach sportu, działa od 2008 roku dzięki finansowaniu zapewnionemu przez amerykańską fundację Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe (CEE Trust). www.ps2012.pl

—————————————————————————-

3. Mapowanie przestrzeni przyjaznej dla ruchu Projekt Społeczny 2012

Autorskie i proste narzędzie przygotowane przez Projekt Społeczny 2012 do prowadzenia diagnozy lokalnej pod kątem jej dostępności dla sportu. Proste pomysły na warsztatową, partycypacyjną pracę nad odkrywaniem tego, co lokalnie w kwestiach sporu już mamy, a co musimy zmienić by sport/ruch, był możliwy.

CZYTAJ TU: Mapowanie Przestrzeni

Projekt Społeczny 2012 tworzą socjologowie i socjolożki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego pod przewodnictwem profesor Anny Gizy-Poleszczuk. Projekt, skupiajcy się na społecznych funkcjach sportu, działa od 2008 roku dzięki finansowaniu zapewnionemu przez amerykańską fundację Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe (CEE Trust). www.ps2012.pl

————————————————————————————————————————–

Woda – czwarty, nieznany, wymiar Warszawy dr Marek Ostrowski

(opis wykładu)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Woda jest jednym z fundamentów i wymiarów naszej egzystencji. Człowiek nie powstał z prochu, ale narodził się w wodzie. Woda jest tym związkiem chemicznym, i zarazem tym środowiskiem fizycznym, bez którego nie istniałoby życie w znanej nam formie. Istnieją organizmy, które rozwijają się w warunkach całkowicie beztlenowych, ale bez wody nie jest to możliwe. W niej, i dzięki niej, dokonuje się większość reakcji. Można nawet sformułować określenie, że człowiek jest zorganizowanym w struktury środowiskiem wodnym przyobleczonym w skórę. Woda jest nieodłącznym towarzyszem człowieka, i wszystkiego, co żyje. Towarzyszem i żywicielem. Znany z historii fakt, że osadnictwo rozwijało się zawsze w powiązaniu z wodą, a ekspansja człowieka i zdobywanie nowych obszarów często prowadziło wzdłuż rzek, jest następstwem procesów biologicznych na poziomie fizycznym i chemicznym. Woda leży u podłoża nie tylko procesów metabolicznych, ale również silnie oddziałuje nie tylko sensorycznie na bardziej złożone struktury biologiczne i wzbudza złożone interakcje na wyższym poziomie organizacji materii – na poziomie psychicznym. Woda jest nie tylko jedną ze składowych naszego życia, ale również sama – jako pojęcie – jest wielowymiarowa. Zobaczmy, z jaką różnorodnością wód i różnorodnością percepcji wody mamy do czynienia choćby na przykładzie Warszawy i jej wpływu na nasze życie biologiczne, psychiczne, społeczne, ekonomiczne, kulturalne, polityczne, gospodarcze, rozwój przestrzenny i szeroko rozumiany klimat. Skąd bierze się woda w mieście i jak jej obecność zmieniała się historycznie wraz z rozbudową miasta i niezależnie z rozwojem cywilizacji? Źródłem wody dla Warszawy (tu oczywiście w rozumieniu innym niż dosłownie źródło; ciekawe, że nawet w codziennym języku to, co jest początkiem, z czego wywodzą się następstwa, ma konotacje z wodą) są przede wszystkim najbardziej dostępne wody powierzchniowe (wśród których zasobami wyróżnia się Wisła), wody podziemne oraz woda zawarta w atmosferze. Dla człowieka istotne są jeszcze zasoby wody pitnej dostarczanej komercyjnie – nieznana wcześniej skala i forma dystrybucji wody. Choć nie są one uwzględniane ani w podręcznikach geologii, ani geografii, stanowią istotne źródło wody dla miasta. Wszystkie one współtworzą hydrosferę. Warto prześledzić historyczne i współczesne zasoby wody w Warszawie: historyczne cieki i jeziora na terenie dzisiejszego śródmieścia Warszawy, spojrzeć na Wisłę meandrującą lub roztokową w różnych okresach historycznych, co przekłada się na jakość i dostępność wody. Woda jako czynnik kształtujący środowisko, konsumpcyjny, krajobrazowy, estetyczny, klimatyczny. Dla wielu może być zdumiewający i odkrywczy fakt, że Wisła w Warszawie płynie dwoma korytami. Którędy biegnie drugie koryto rzeki? Trochę czasu warto poświęcić wędrówce w głąb czasu i przestrzeni do wodonośnych warstw oligoceńskich. Warszawa leży na wodzie i węglu, ale jak wygląda zbiornik wody oligoceńskiej, jak powstała i jak się ją pobiera? Przy okazji warto będzie wspomnieć o wodach geotermalnych i solankowych. Po wykładzie każdy powinien wiedzieć, czym są rząpie, młaki, wykapy, wysięki, dunaje, czym różnią się łachy od ławic, gdzie leży smok warszawski. I czy można je spotkać w Warszawie. Osobną nitkę narracji tworzy historia ujęć wody: od tych najstarszych średniowiecznych po współczesne. Dzięki przedstawionym unikalnym materiałom ilustracyjnym można będzie wejść wspólnie nawet pod Wisłę zarówno tunelem do Grubej Kaśki, jak i pierwszym historycznie tunelem wydrążonym metodą TMB przejść pod Wisłą. Tunel jest niedostępny, ale mogło go w tym roku zwiedzić kilkanaście grup uczestników AWoM i Varsavianistyki. Trudno odmówić sobie i uczestnikom wykładu przyjemności spojrzenia na Wisłę z lotu ptaka, jak również klimatów działań artystycznych związanych z rzeką, ukazujących jej charakter i stosunki emocjonalne ludzi z rzeką. Spotkanie przy fontannie ma Mariensztacie jest symbolem spotkania. Gdy staniemy przy fontannie być może inaczej spojrzymy na tryskającą wodę – to Wisła.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Wody_podziemne

dr Marek Ostrowski (ur. w 1947) – polski biolog (doktor), przyrodnik specjalizujący się w badaniach środowiskowych i percepcji przestrzeni, fotograf, humanista, varsavianista, twórca interdyscyplinarnego kierunku badań – informacja obrazowa. Informację obrazową rozpatruje jako jeden z czynników ewolucji przyrodniczej. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. http://samper.pl/

Reklamy